wtorek, 27 maja 2014

27 maja 2014 roku

    Wyciągnęłam z kieszeni pióro i nabazgrałam nieskładną wiadomość do Martyny: "Spotkajmy się jutro po południu przy rzeczce za domem Izabelli. Przyjdź proszę sama. Wszystko wyjaśnię Ci na miejscu. Junnika", po czym od razu wrzuciłam ją do skrzynki pocztowej mojej oddanej przyjaciółki, wsiadłam na rower i odjechałam. Zdążyłam jednak dotrzeć do głównej drogi, a tuż za mną jak spod ziemi wyrosła Kamillie. Wdzięcznie szła na przełaj przez świeżo zaorane pole pana K. zmierzając zapewne w stronę domostwa Dominiki. Dopisało mi szczęście i moja kuzynka nie zauważyła ani mnie, ani mojego błękitnego roweru. Cieszyłam się niezmiernie, gdyż nie miałam ochoty znów wysłuchiwać, jakie to postępy w nauce gry na fortepianie czynią jej dzieci, Marta i Mateusz, i jak to ciężko jest jej po śmierci męża. Przecież jakby jej naprawdę na nim zależało, to nie pchałaby go na siłę na tę wojnę! Biedny Stanisław, nie wiedział w co się pakuje biorąc sobie za żonę kobietę taką jak Kamillie.
    Skręciłam z powrotem w polną dróżkę. Tym razem nie prowadziła ona do domu Martyny, lecz do mego własnego.
    Już z daleka słyszałam krzyki i śmiech swoich dzieci, którym wtórowało wesołe szczekanie naszego psa i piski małej Mai Julii. 
    Kiedy zbliżyłam się na tyle, by odróżniać pojedyncze głosy, usłyszałam, że jest z nimi moja siostra Linda Ewelina i jej córka Greta. Obie były pochłonięte rozmową z najstarszym synem pokojówki, Edwardem. Nie było to dla mnie żadną nowością - w ciągu ostatniego miesiąca prawie codziennie mieliśmy gości.
    Pokonałam ostatni zakręt i w końcu ujrzałam swój dom. Nie można było o nim powiedzieć, że jest duży, ale małym też bym go nie nazwała. Pokoi było w nim akurat tyle, by każdy miał miejsce dla siebie. Z zewnątrz wyglądał jak każdy inny dom w tej okolicy; pastelowa (w tym przypadku seledynowa) farba odpadająca przy białych zdobieniach wokół okien, duże okna z pomalowanymi na jasno framugami, drewniany taras wychodzący na rozległy ogród. Dom, jak każdy inny, a jednak to tu spędziłam najszczęśliwsze chwile mojego życia.
    Zostawiłam rower przy białym parkanie i szybko obeszłam budynek, by dostać się do sadu, z którego dobiegał gwar rozmów. Tak, jak się spodziewałam, to właśnie tam zebrało się całe towarzystwo; na środku ogrodu na obszernym kocu w biało-różową pepitkę, siedziała Linda Ewelina, Greta, Edward i moja młodsza córka Zuzanna Elżbieta, a nieopodal wśród drzew biegali Jakub Sebastian, Liliana Karolina i Maja Julia - kolejne dwa z moich skarbów i córka kuzynki Ernestyny.
    Pierwsza zauważyła mnie Maja. Natychmiast się zatrzymała, uśmiechnęła od ucha do ucha i z wyciągniętymi rękami ruszyła w moją stronę, czym zwróciła uwagę Jakuba i Liliany, którzy także zaprzestali zabawy. 
    - Ciocia! - pisnęła radośnie Maja Julia, gdy wzięłam ją na ręce. - A wies, ze Lila naucyła mnie wołać koty? - powiadomiła mnie, słodko sepleniąc.
    - Och, musisz koniecznie mi to później pokazać - uśmiechnęłam się do niej. - A teraz, jeśli pozwolisz, chcę chwilkę porozmawiać z ciocią Lindą.
    - Dobze - zaświergotała Maja, a ja, postawiwszy ją z powrotem na ziemi, ruszyłam przez ogród.
    - Gdzie byłaś, mamo? - Jakub dogonił mnie po dwóch krokach.
    - Z samego rana wybrałam się do miasteczka, a później odwiedziłam znajomą. Pamiętasz ciocię Martynę, Jakubie? - Niepewnie skinął głową. - A ty, Liliano?
    - Oczywiście! - odparła Liliana, podbiegając do nas. - To u niej byliśmy trzy lata temu na Gwiazdkę, prawda? Zrobiła cudowną szarlotkę... Ale zapomniałam poprosić ją o przepis - zasmuciła się.
    - Na szczęście ja to zrobiłam. Jeśli dobrze poszukasz, to w książce kucharskiej znajdziesz ten i wiele innych przepisów Martyny.
    - Poszukam go jeszcze dziś wieczorem! - przyrzekła ochoczo.
    Tymczasem zbliżyliśmy się do rozłożonego na trawie koca. Lidia podniosła na nas piwne oczy i zmarszczyła czoło.
    - Wyglądasz na przemęczoną, kochana. Może powinnam zostać dłużej i zająć się dziećmi, żebyś ty mogła wreszcie odpocząć?
    - Nie ma takiej potrzeby, Lindo. Czuję się świetnie. Po prostu nie przepadam za słońcem, a w tym roku nie jest go aż nadto.
    - Nadal uważam, że powinnaś odpocząć. Ale, jak już zdążyłam zauważyć, w tym domu moja opinia nie ma jakiegokolwiek znaczenia! - oburzyła się.
    - Czy aby trochę nie przesadzasz? - Liliana i Jakub wyminęli mnie i usiedli na pledzie. Westchnęłam. - Gdzie są nasi mężczyźni? - zmieniłam temat.
    - Oglądają tę działkę obok was - odparła i uśmiechnęła się pogodnie. Najwyraźniej wrócił jej dobry nastrój. - Zastanawiamy się z Edmundem, czy nie postawić tu sobie czegoś w rodzaju domku na lato. Co o tym sądzisz?
    - To świetny pomysł! Zastanawiam się, dlaczego nie wpadliście na to wcześniej. Tak rzadko się widujemy, odkąd urodziła się Zuzia. A dziewczynki tak wspaniale się dogadują. - Spojrzałam na Zuzannę i Gretę, pogrążone w rozmowie na temat przyszłych ferii zimowych, kiedy to zamierzają pojechać razem na lodowisko do miasteczka i uśmiechnęłam się. W tym wieku nie wiedzą jeszcze, jak wiele rzeczy może się zdarzyć przez te pół roku.
    - Wydaje mi się, że widzę Edmunda przy furtce - odezwała się Linda Ewelina. - Tak, to on. Ale jest sam. Nie mam pojęcia, gdzie się podział twój Bartosz. Może idź go poszukać? Nie wiadomo, co w tym wieku może mężczyźnie strzelić do głowy!
    Stosując się do rady starszej siostry, minęłam Edmunda, który przywitał mnie, jak zwykle, jedynie skinieniem głowy, i wyszłam na łąkę otaczającą nasze domostwo.
    Zobaczyłam Bartosza spory kawałek od ścieżki. Stał oparty o betonowy słupek, na którym zieloną farbą wypisano liczbę kilometrów do miasteczka - 4 - oraz do kaplicy - 2, i w skupieniu coś przeliczał wyniki zapisując w niewielkim brulionie.
    Usłyszał mnie, kiedy dzielił nas nie więcej niż dwa metry. Oderwał się od zeszytu i spojrzał na mnie z uśmiechem i dziwnym błyskiem w błękitnych oczach.
    - Wielka Junnika Aleksandra powróciła z polowania. Co mi przywiozłaś?
    Zaśmiałam się.
    - Jesteś gorszy od Zuzi.
    - I za to mnie kochasz - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    - I za to cię kocham. - Skinęłam głową.
    - Ale?
    - Ale jesteś już statecznym starszym panem, mój drogi! - zganiłam go. - Masz dom, rodzinę. Nie uważasz, że czas dorosnąć?
    - Szczerze? Nie! - Przyciągnął mnie do siebie i pocałował w usta. - Wolę być całe życie takim, jakim jestem. To wygodniejsze!
    - I weź tu się człowieku nie zdenerwuj! - żachnęłam się.
CDN kiedyśtam

Trochę to długie wyszło, ale cóż, jak coś robić, to porządnie, prawda? :)

Tego posta piszę właściwie tylko po to, żeby podzielić się kilkoma zdjęciami zrobionymi, gdy wczoraj wracałam do domu. Oto one: 





Wiem, wiem. Tylko pola, drogi, łąki, drzewa etc, etc, etc. Ale co mam poradzić na to, że bardzo mi się takie rzeczy podobają? Nic! No, i właśnie dlatego od czasu do czasu będę Was zamęczać zdjęciami :3









Junnie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz