"Patrzę
w twoje oczy, widzę zazdrość i smutek."
Krasza - Z Kamienia Serce
Julia szubko weszła do klasy i zajęła miejsce
w drugim rzędzie, przy ścianie. Tam nikt nie zwracał na nią uwagi. Gdzie nikt
jej nie widział, tłumaczyła sobie. Była dla nich niewidzialna. Przynajmniej
przez większość czasu. Niekiedy jej dokuczali, ale to mogła przeboleć. Za tę
chwilę spokoju. Tylko za chwilę spokoju. Tyle jej wystarczyło, by okrzyknąć
dzień udanym.
– Siema, dziwolągu – zarechotała Shianna,
przechodząc koło jej ławki, a dwie dziewczyny podążające za nią jaj cienie
zawtórowały jej swym piskliwym chichotem.
To z pewnością nie będzie dobry dzień.
– Jaki dziś masz kolor włosów, blondyneczko?
– Emelin podeszła do niej i zgrabnym ruchem zerwał jej z głowy bejsbolówkę.
Miedzianozłote, proste jak druty włosy opadły Juli na twarz, przez co Shianna,
Emelin i ich świta przez prawie pięć minut pokładały się ze śmiechu. Ale
poszkodowana nawet nie drgnęła. Nadal siedziała lekko zgarbiona ze wzrokiem
utkwionym w sfatygowanym blacie szkolnej ławki. Poruszyła się dopiero, gdy poczuła
na sobie czyjś świdrujący wzrok. Czyjś naprawdę natarczywy świdrujący wzrok.
Nienawidziła takich spojrzeń. Podniosła głowę i ujrzała coś, czego miała
nadzieję nigdy nie zobaczyć. Najnowszy nabytek ich szkoły, Net Molton,
wpatrywał się w nią ze współczuciem. Ze współczuciem! Co on sobie myślał?! Nie
była przecież jakaś cholerną ofiarą. Co to, to nie. I nigdy nie zamierzała nią
zostać. Przenigdy!
Szybko zgarnęła swoje rzeczy do czarnej
torby, którą natychmiast przełożyła sobie przez ramię. Poderwał się z miejsca i
wybiegła z klasy. Było już parę minut po dzwonku i korytarz był całkowicie
pusty, co znacznie ułatwiało ucieczkę. Niespodziewanie Julka usłyszała za sobą
kroki. Były za ciężkie jak na którąś z jej prześladowczyń, więc wywnioskowała,
że to jeden z chłopaków z drużyny koszykarskiej. Czasem, kiedy uciekała z
„miejsca zbrodni” któryś z nich, ot tak, dla żartu, przez kilkanaście metrów ją
gonił. Później zatrzymywał się, odwracał do kumpli i wszyscy zaczynali się
śmiać. Śmiać z niej. Tak też było i tym razem. Po chwili kroki ucichły – pogoń
ustąpiła. Ale śmiech się nie rozległ. Julka jednak nie zamierzała na to czekać.
Przyspieszyła, biegnąc tylko jej znanym korytarzem, na końcu którego znajdował
się obszerny prostokątny taras z widokiem na wspaniały acz zarośnięty park.
Stanęła u szczytu schodów; z trzech stron tarasu można było zejść do tego
Tajemniczego Ogrodu. Tylko dla niej. I Izabeli.
– Izabelo? – Jej głos wydał się dziwnie obcy
w tej ciszy bezwietrznego, kwietniowego, nieznośnie słonecznego dnia.
Już po chwili z jednego z sędziwych dębów zeskoczyła rudo-biała
perska kotka w delikatnej skórzanej obróżce, świadczącej o zamożności
domniemanej właścicielki, którą była lub jest Anna Hathie. Sądząc po
staroświeckości imienia raczej była.
– Izabelo! – krzyknęła Julka, gdy
zdezorientowana kotka zaczęła niepewnie obwąchiwać pierwszy stopień. Izabela
natychmiast spojrzała prosto na nią i szybciej od jakiegokolwiek sprintera
wbiegła po schodach, których było, nie mniej, nie więcej, tylko sto dwanaście.
Sto trzynaście z tym prawie zapadniętym, przypomniała sobie Julia i uśmiechnęła
się w duchu. Pamiętała jak kilka lat temu razem z Izabelą uczyła się tu liczyć.
Zaczęła się zastanawiać, ile kotka może mieć lat. Na pewno w kocim przeliczeniu
była już staruszką. Musiała przyznać, że nie bardzo można było w to uwierzyć
patrząc, jak z prędkością światła wspina się po stopniach. Już po chwili
Izabela stała obok Julii i cicho mruczała.
– No choć do mnie, maleńka – zachęciła
dziewczyna, a kotka wskoczyła na jej wyciągnięte ręce i zaczęła wbijać pazurki
w przedramię Julki. – Stęskniłaś się?
Nagle kocica znieruchomiała, naprężyła się i
warknęła tak, jakby wyczuła psa. Julia odwróciła się. Dwa metry za nią, nieco
zmieszany, stał Net. Obie z Izabelą zmierzyły go wzrokiem, przez co jakby się
zawstydził.
– Czego chcesz? – warknęła Jula przyciskając
kotkę do siebie.
– Ja tylko chciałem ci to oddać. – Wyciągnął
przed siebie rękę, w której trzymał czarną bejsbolówkę należącą do dziewczyny.
– Dzięki. – Chwyciła czapkę sekundę po tym,
jak Izabela zeskoczyła na posadzkę, i razem puściły się biegiem w dół schodów.
– Nie ma sprawy – powiedział Net, chociaż
został już sam.
– Wróciłam – oznajmiła Julka wchodząc do
domu. Pustego domu. Który jednak po chwili wypełnił się bladoniebieskimi
sylwetkami ludzi szepczących coś między sobą. – Możecie już iść.
Nie
ma to jak dom pełen hologramów, pomyślała przewracając
oczami. Kolejny, głupi według niej, pomysł rodziców. Ponoć ma być to doskonały
patent na złodziei. Tylko jaki złodziej
wejdzie frontowymi drzwiami?, zastanawiała się przygrzewając sobie obiad
przygotowany rano przez gosposię. Chyba
jakiś niedorozwinięty, stwierdziła siadając z parującym jedzeniem przed
telewizorem. Bez przekonania zaczęła przeskakiwać po kanałach, nawet nie
zwracając uwagi na programy, jakie są teraz puszczane. W końcu, z braku
lepszego pomysłu zostawiła na kanale muzycznym, gdzie jej uwagę przykuła piosenka
Eminema. Słuchała przez chwilę, po czym z uśmiechem wyłączyła telewizor i odniosła
pusty już talerz do kuchni.
–
Oceniaj mnie dopiero, gdy mnie poznasz. A więc nie oceniaj nigdy –
powiedziała do siebie. – Słyszycie? Emelin, Shianna? Słyszycie?! Macie mnie nie
oceniać! – roześmiała się. Weszła po schodach do swojego pokoju, który zajmował
połowę poddasza małego jednorodzinnego domu Ferency’ów.
– Po co nam większy dom? Przecież jest nas
tylko troje – miała w zwyczaju powtarzać jej matka.
– No właśnie – przytaknęła jej teraz Jula.
Pchnęła jasne drewniane drzwi i przekroczyła próg do swojego
czarno-szaro-biało-błękitnego królestwa. Od razu rzuciła jej się w oczy różowa
koperta leżąca na białym staromodnym biurku. Delikatnie ja rozerwała i wyjęła
ze środka trzy pocztówki i złożoną w trzech miejscach jasnoróżową kartkę. Nathalie, pomyślała. Tylko jedna osoba na świecie może mieć
takiego bzika na punkcie różu. Rozłożyła papeterię i zaczęła czytać: