Zaczęłam pisać nowe opowiadanie i -uwaga- zamierzam je skończyć! Z Waszą pomocą oczywiście :) Po coś tu w końcu jesteście, co nie? Tylko przydałoby się Was trochę więcej uzbierać. Chociaż Ty, Kam, liczysz się za dwoje :* I Ty, Iszi, też. Bo jesteście ze mną od czasów poprzedniego bloga i niedokończonej historii o Lilianie. kiedyś to dopiszę, nie martwcie się. Jak na razie mam czternaście rozdziałów, z czego jeden to chyba nawet nie rozdział :P
Ale nie o tym ja tu chciałam nawijać po nocy (tak, jest noc, bo jutro muszę rano wstać, żeby nakarmić koty - och, jak słodko. Normalnie każdy chciałby tak spędzić ostatnie dni wakacji -.-).
Otóż... I tu się kłania tytuł posta (ja się nakłaniałam w poprzedniej notce to teraz ktoś się mi musi odwdzięczyć tym samym. Ej, poście, sznurówka ci się rozwiązała!) - początki są trudne. Więc zacznijmy od Julki. Niech się ona martwi, bo ja i tak mam za dużo na głowie.
Główna bohaterka:
Julia Ferency
Julka jest nastolatką. Chodzi do pierwszej klasy liceum w niewielkim nadmorskim mia-steczku, którego mieszkańcy niezwykle barwnie wyobrażają sobie życie w wielkim mie-ście. Julia jako jedyna zdaje się mieć wątpliwości, że miejskie życie nie jest różowe, jednak znajomi nie podzielają jej zdania – pochłonięci marzeniami typu: „co by było gdybym mieszkał w prawdziwym mieście” utrzymują się w przekonaniu, że Jula naczytała się oszustw z tych swoich książek o „wampirach i innych bzdurach”. Dziewczyna stara się nie przejmować tym, że jest odtrącona przez społeczeństwo, lecz jej rodzice, uważani za największych imprezowiczów w miasteczku, są zdruzgotani tą „pochodzącą z nieznanych źródeł aspołecznością córki”.
Kiedy ludzie z miasteczka zaczynają masowo się wyprowadzać, szum rośnie. Do czasu. Pewnego kwietniowego popołudnia do domu na końcu Drogi do Nikąd (jak nazywana jest przez ludzi zamieszkujących domy wzdłuż niej) wprowadza się rodzina Moltonów: Charlotta i Martin oraz ich dzieci: siedmioletnia Melasa i siedemnastoletni Net. Wieść, że przenieśli się z Nowego Jorku szybko się rozchodzi. Tylko Julia przyjmuje to do wiadomo-ści z typową dla niej w ostatnim czasie obojętnością. Tymczasem chłopak robi furorę w liceum, na każdym kroku opowiadając o zatłoczonych ulicach NY.
Jula jest niezwykle drobna jak na swój wiek. Niewiele brakuje jej do figury anorektyczki, co jeszcze bardziej pogarsza stosunki dziewczyny z rówieśnikami. Jasna włosy albo ukry-wa pod bejsbolówkami, albo farbuje na zwariowane kolory. Dlaczego? Otóż Julka jest jedyną w całej miejscowości blondynką! Poważnie zastanawia się nad tym, czy nie jest adoptowana, co by z kolei wyjaśniało dlaczego z żadnej strony nie przypomina rodziców. Julia ma czarne jak atrament oczy, w których nie sposób wypatrzeć źrenic. Kolor tęczówek często doprowadzał do obłędu jej krewnych. W szkole posądzano ją o noszenie soczewek. Bo, nie oszukujmy się, kto miałby aż takiego pecha, żeby urodzić się blondynką o porcelanowej cerze i czarnych oczach?! Odpowiedź: Julia. A jakby tego było mało, Julka miała na nosie pełno piegów, które, dzięki Bogu, wyblakły, gdy Jula miała nie więcej jak dziesięć lat, więc żeby je zobaczyć trzeba było się naprawdę dobrze przyjrzeć z naprawdę bardzo bliskiej odległości. Poza tym, nastolatka ubiera się wyłącznie na czarno, biało, szaro i niebiesko. Czasami dla odmiany włoży coś turkusowego wyciągniętego z dna szafy.
I tyle.
To jest ta dziewczyna. To jest Julia.
I to na razie tyle. Zostawiam Was ze swoimi przemyśleniami.Julia Ferency
Julka jest nastolatką. Chodzi do pierwszej klasy liceum w niewielkim nadmorskim mia-steczku, którego mieszkańcy niezwykle barwnie wyobrażają sobie życie w wielkim mie-ście. Julia jako jedyna zdaje się mieć wątpliwości, że miejskie życie nie jest różowe, jednak znajomi nie podzielają jej zdania – pochłonięci marzeniami typu: „co by było gdybym mieszkał w prawdziwym mieście” utrzymują się w przekonaniu, że Jula naczytała się oszustw z tych swoich książek o „wampirach i innych bzdurach”. Dziewczyna stara się nie przejmować tym, że jest odtrącona przez społeczeństwo, lecz jej rodzice, uważani za największych imprezowiczów w miasteczku, są zdruzgotani tą „pochodzącą z nieznanych źródeł aspołecznością córki”.
Kiedy ludzie z miasteczka zaczynają masowo się wyprowadzać, szum rośnie. Do czasu. Pewnego kwietniowego popołudnia do domu na końcu Drogi do Nikąd (jak nazywana jest przez ludzi zamieszkujących domy wzdłuż niej) wprowadza się rodzina Moltonów: Charlotta i Martin oraz ich dzieci: siedmioletnia Melasa i siedemnastoletni Net. Wieść, że przenieśli się z Nowego Jorku szybko się rozchodzi. Tylko Julia przyjmuje to do wiadomo-ści z typową dla niej w ostatnim czasie obojętnością. Tymczasem chłopak robi furorę w liceum, na każdym kroku opowiadając o zatłoczonych ulicach NY.
Jula jest niezwykle drobna jak na swój wiek. Niewiele brakuje jej do figury anorektyczki, co jeszcze bardziej pogarsza stosunki dziewczyny z rówieśnikami. Jasna włosy albo ukry-wa pod bejsbolówkami, albo farbuje na zwariowane kolory. Dlaczego? Otóż Julka jest jedyną w całej miejscowości blondynką! Poważnie zastanawia się nad tym, czy nie jest adoptowana, co by z kolei wyjaśniało dlaczego z żadnej strony nie przypomina rodziców. Julia ma czarne jak atrament oczy, w których nie sposób wypatrzeć źrenic. Kolor tęczówek często doprowadzał do obłędu jej krewnych. W szkole posądzano ją o noszenie soczewek. Bo, nie oszukujmy się, kto miałby aż takiego pecha, żeby urodzić się blondynką o porcelanowej cerze i czarnych oczach?! Odpowiedź: Julia. A jakby tego było mało, Julka miała na nosie pełno piegów, które, dzięki Bogu, wyblakły, gdy Jula miała nie więcej jak dziesięć lat, więc żeby je zobaczyć trzeba było się naprawdę dobrze przyjrzeć z naprawdę bardzo bliskiej odległości. Poza tym, nastolatka ubiera się wyłącznie na czarno, biało, szaro i niebiesko. Czasami dla odmiany włoży coś turkusowego wyciągniętego z dna szafy.
I tyle.
To jest ta dziewczyna. To jest Julia.
Niedługo wrócę!
Junnika M. ♥





