Boję się!
To znaczy tak na serio to się nie boję, ale powinnam. Bo ja taki ewenement na skalę światową co nawet piszczeć nie umie...
Nie będę pisać. Mam nastrój mniej więcej taki jak wtedy kiedy zadźgałam Iszę...
We wtorek sprawdzian. I koniec fakultetów. Mnie bardziej interesuje to drugie. Będę kończyć lekcje o dwunastej <3 Czyż to nie jest cudowne? A przy odrobinie szczęścia odwołają nam jeszcze te wszystkie kółka matematyczne (bo kto, normalny, nienormalny, wytrzyma osiem godzin matmy tygodniowo?!).
W piątek podczas lekcji ja i pięciu chłopaków z mojej klasy (tak, wiem że to podejrzanie brzmi) pojechaliśmy z wycieczką na narodowy do Warszawy i do kina na Obietnicę. Oczywiście nie poszłam na ten jakże fascynujący film, gdyż, więc, ponieważ, bo nie było ze mną moich BFF. Zasada: wszędzie łazimy razem, tym razem coś nie wypaliła, bo Iszka chciała jechać do Wawy, a nie pozwolili jej rodzice, a Talce rodzice kazali, a ona nie chciała. One są dziwne. Obydwie, jedna dziwniejsza od drugiej. A później przyszły się ze mną pożegnać o siódmej przed szkołą i przez cały dzień męczyły mnie sms-ami. Normalnie dziwniejsze ode mnie...
Kam przedstawiła mnie za pomocą wykresu: pomysłowa+rezolutna+dziwna=(moje imię) po tym jak próbowałam ją przekonać, że wystarczy: dziwna, dziwna, dziwna. Kam za to jest: cudowna+wspaniała+dziwna=(jej imię). I to już nie jest przesada.
Wee. Właśnie odkryłam, że jak się tak szybko przejedzie palcem po jednym z dwu milimetrowych warkoczyków po prawej stronie mojej głowy, które dziś o 6:40 własnoręcznie zaplatałam, to to jest fajne uczucie. A jak już jesteśmy przy moich włosach to od dzisiaj około pierwszej w nocy mam grzywkę... Wiem, zdolna jestem. nawet ładnie mi to wyszło :) Jestem z siebie dumna. A Tali mnie ochrzaniła.
Idę czytać Dary Anioła. Z Księgami Pellinoru dałam już sobie spokój. Kiedyś to doczytam. Kiedyś...
Junnie
niedziela, 30 marca 2014
poniedziałek, 24 marca 2014
24 marca 2014 roku
Cisza. Cisza przed burzą. Znaczy przed egzaminem. Pierwszego kwietnia. Za tydzień. No, i już wiadomo w której jestem klasie XD
Talkę znowu gdzieś wcięło, więc nie mam za bardzo z kim porozmawiać :( Bo jak wiadomo Iszi do rozmowy się nie nadaje z tym swoim "lol", "jej" i szaleńczym śmiechem. Idę rozpaczać w samotności.
Junnika
Talkę znowu gdzieś wcięło, więc nie mam za bardzo z kim porozmawiać :( Bo jak wiadomo Iszi do rozmowy się nie nadaje z tym swoim "lol", "jej" i szaleńczym śmiechem. Idę rozpaczać w samotności.
Junnika
sobota, 22 marca 2014
22 marca 2014 roku
Spacerowałam w tą i z powrotem, ale czas wcale nie mijał przez to szybciej. Spojrzałam na podświetlony ekran swojego telefonu. 18:16. Minęła dopiero minuta, a ja dziesięć razy przeszłam odcinek od wysokiego na dwa metry betonowego muru do rozsypujących się schodków, które ktoś zbudował z rozkruszonych pustaków, by na wiszącą metr nad ziemią platformę można było się jakoś dostać. Zatrzymałam się przy jednej z trzech tuj rosnących wzdłuż metalowej siatki pomalowanej na wszystkie kolory świata po lewej stronie od wejścia. Spojrzałam ponad ogrodzeniem na niewielki plac szczelnie zapełniony samochodami z zagranicznymi tablicami. Przejechałam wzrokiem po kilku z nich, które ewentualnie mogłabym kupić, a później utkwiłam spojrzenie na zatrzymującym się niedaleko autobusie, już trzecim w ciągu piętnastu minut. Wsiadły do niego ostatnie dwie osoby, które nieświadomie dotrzymywały mi towarzystwa. Zostałam sama. Odwróciłam się i znów zaczęłam krążyć po platformie. W końcu usłyszałam samochód wjeżdżający w ślepą uliczkę między restauracją a komisem samochodowym, z której można było się dostać na platformę. Samochód minął mnie znikając po chwili za budynkiem po prawej od wejścia i zatrzymał się. Prawie natychmiast zza budynku wyłoniła się Marta niosąca torebkę swojej mamy i tanecznym krokiem pokonała pustakowe schodki. Kiedy tylko mnie zobaczyła, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Długo czekałaś? - zapytała. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu. 18:19.
- Dziewiętnaście minut - odparłam.
- To długo - skwitowała Marta.
_______________________
A oto trochę mojego dnia wczorajszego. Gdybym miała trochę więcej czasu to napisałabym całość, od 5:48 do 22:53, ale nie mam, więc musi Wam wystarczyć ten urywek sprzed tańców.
A dzisiaj. Dzień jak każdy inny. Okropnie słonecznie, przez co byłam na dworze tylko dwie godziny, od około jedenastej do około trzynastej. Pobawiłam się z moimi przecudownymi kotkami: Fire, Georgią i Kropą, a trochę później zajęłam się ogarnięciem ogródka. Efekty mojej pracy: uschnięta trawa zebrana na trzech kupkach, pięć jakichś dziwnych kwiatków wykopanych dla cioci, ustawione skrzynki na kwiatki rosnące na razie w doniczkach na parapecie w kuchnie, łazience i u mnie w pokoju, pozbierane kamienie, które i tak musiałabym zebrać za tydzień. No, i kotjeły są szczęśliwie mruczące. Ale to też zasługa Piotrka i Marlenki (dziewczyny Piotrka), bo jak przyjechali tu z obowiązkową wizytą to wygłaskali kotate za wszystkie czasy.
Dzisiaj jest dzień Fire i ona o tym wie. Gdziekolwiek pójdę ona tam jest, no, i chcąc nie chcąc ją głaskam :) Fire nie ma nic przeciwko, jak na kotowatą przystało, ale nadal się wszystkiego boi. Muszę jej znaleźć kociego psychologa, nie ma innego wyjścia.
Jun
czwartek, 20 marca 2014
20 marca 2014 roku
Znowu zapomniałam do szkoły Daru i znowu nie obudziłam rano Kamili. Jakaś fobia!
Tak właściwie to nie mam o czym pisać... Ale czy tego chcę czy nie, muszę siedzieć na tej durnej świetlicy, a Sekret Julii i dwójkę Błękitnokrwistych zdobędę dopiero pierwszego kwietnia :( Nie wiem, czy dożyję. Na pocieszenie zostaje mi jeszcze Kruk, Pieśń i Sekret, no, i oczywiście niezmienne pozycje mojej domowej biblioteki...
Jun
Tak właściwie to nie mam o czym pisać... Ale czy tego chcę czy nie, muszę siedzieć na tej durnej świetlicy, a Sekret Julii i dwójkę Błękitnokrwistych zdobędę dopiero pierwszego kwietnia :( Nie wiem, czy dożyję. Na pocieszenie zostaje mi jeszcze Kruk, Pieśń i Sekret, no, i oczywiście niezmienne pozycje mojej domowej biblioteki...
Jun
środa, 19 marca 2014
19 marca 2014 roku (2)
Czuję się dziwnie.
Właśnie oddałam mojego drugiego bloga w niedoświadczone ręce Iszi, Tali i Olki. Yh, czuję się jak wtedy, kiedy zdecydowałam się pożyczyć Kam Trylogię Czasu wzbogaconą o moje notatki... Słowem: źle. Jeszcze Bartek mnie zdenerwował (nie pisałam o tym - wczoraj pogodziliśmy się w końcu po dwóch miesiącach milczenia) zaczepiając mnie takim samym tekstem jakim ja zaczepiłam go pewnej pamiętnej nocy, kiedy to siedziałyśmy z Natalgą na idiotycznie zielonym dywanie w moim pokoju i rozważałyśmy (jej) samobójstwo. Oczywiście chodziło o chłopaka. Jeśli Natalga nie chce żyć, to na 100% musi chodzić o chłopaka. Hmm... Wtedy to byli chyba Ryży i Mati, ale nie jestem pewna. No co? Widzę się z nią raz na rok, każdy ma prawo się pogubić / zapomnieć. I tak moi drodzy od moich rozpaczań po stracie bloga przeszliśmy do mojej starej znajomej, Natalgi Dussi Pikczu i jej zakochańców. Jak ja ładnie zmieniam temat! Aż zaskoczyłam samą siebie, a to się nieczęsto zdarza (zdarzyło się dzisiaj na historii, kiedy ze znajomością trzech partii politycznych miałam wypisać trzy z największym poparciem i dostałam za to max. punktów O.O).
Eh, ale to wszystko dziwne. Kam wykryła u mnie najzwyklejszego na świecie doła spowodowanego... niczym (życiem?).
Junnie
Właśnie oddałam mojego drugiego bloga w niedoświadczone ręce Iszi, Tali i Olki. Yh, czuję się jak wtedy, kiedy zdecydowałam się pożyczyć Kam Trylogię Czasu wzbogaconą o moje notatki... Słowem: źle. Jeszcze Bartek mnie zdenerwował (nie pisałam o tym - wczoraj pogodziliśmy się w końcu po dwóch miesiącach milczenia) zaczepiając mnie takim samym tekstem jakim ja zaczepiłam go pewnej pamiętnej nocy, kiedy to siedziałyśmy z Natalgą na idiotycznie zielonym dywanie w moim pokoju i rozważałyśmy (jej) samobójstwo. Oczywiście chodziło o chłopaka. Jeśli Natalga nie chce żyć, to na 100% musi chodzić o chłopaka. Hmm... Wtedy to byli chyba Ryży i Mati, ale nie jestem pewna. No co? Widzę się z nią raz na rok, każdy ma prawo się pogubić / zapomnieć. I tak moi drodzy od moich rozpaczań po stracie bloga przeszliśmy do mojej starej znajomej, Natalgi Dussi Pikczu i jej zakochańców. Jak ja ładnie zmieniam temat! Aż zaskoczyłam samą siebie, a to się nieczęsto zdarza (zdarzyło się dzisiaj na historii, kiedy ze znajomością trzech partii politycznych miałam wypisać trzy z największym poparciem i dostałam za to max. punktów O.O).
Eh, ale to wszystko dziwne. Kam wykryła u mnie najzwyklejszego na świecie doła spowodowanego... niczym (życiem?).
Junnie
19 marca 2014 roku
Hejaszki!
Dziś mam trochę lepszy nastrój, ale zapomniałam wziąć do szkoły Daru i przez wszystkie przerwy się nudziłam. Dobrze, że nie miałam dziś świetlicy, bo chyba bym nie dożyła.
W piątek dobiorę się w końcu do Sekretu Julii i następnej, drugiej już części Błękitnokrwistych, bo dziś udało mi się złapać przed lekcjami bibliotekarkę i złożyłam zamówienie.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o dziś dzień.
Do napisania!
Junnika
Dziś mam trochę lepszy nastrój, ale zapomniałam wziąć do szkoły Daru i przez wszystkie przerwy się nudziłam. Dobrze, że nie miałam dziś świetlicy, bo chyba bym nie dożyła.
W piątek dobiorę się w końcu do Sekretu Julii i następnej, drugiej już części Błękitnokrwistych, bo dziś udało mi się złapać przed lekcjami bibliotekarkę i złożyłam zamówienie.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o dziś dzień.
Do napisania!
Junnika
wtorek, 18 marca 2014
18 marca 2014 roku
Dzisiejszy dzień sam w sobie nie był podły, ale takim go zapamiętam.
Pospierałam się z Iszką, pokłóciłam z Bartkiem, a Kam i Tali udają, że umarnęły.
Yh, dobra, koniec tych zrzędności (i niech ktoś mi teraz powie skąd ja biorę takie słowa?).
Jestem pod końcem Daru. Przyznam otwarcie, że jest tam kilka trudnych do przebrnięcia momentów, w których Maerad i Cadvan idą, idą i dojść nie mogą, ale dodając do tego cudowne opisy krajobrazu i ogólnie fajną fabułę wychodzi całkiem niezła opowieść powstała na podstawie najważniejszej legendy zaginionej cywilizacji Edil-Amarandhu (uwagi autorów są po to żeby je czytać :) ). Utknęłam właśnie w jednym z lasów i nie za bardzo wiem, jak z niego wyjść. Dlatego czytając umilałam sobie czas rozmowami z Tali, Iszką, Kaśką, tą taką nauczycielką od świetlicy, jakimiś dzieciakami z czwartej klasy i tak oto jestem. Strasznie mi brakuje Kam. Mój kontakt z nią ograniczył się dziś do obudzenia jej o 7:15 i zamienienia paru słów o 15:00, kiedy ja od dwóch minut wegetowałam w domu, a ona próbowała nie zasnąć na kółku z biologii.
Smętny dzień.
Właściwie każdy mój dzień byłby smętny, gdyby nie taki drobne rzeczy typu koło informatyczne w poniedziałek (w tym tygodniu wyjątkowo przełożone na środę), informatyka we wtorek (dziś nie pomogła), wypady z Iszką i poranne spacery z Tali w środę, spędzony w książkowym gronie czwartek, tańce i spacery z Talką w piątek, sobota w sobotę i sms-owanie z kim tylko się da w niedzielę...
Ciągle mnie gryzie siedemnasty rozdział Daru pod jakże zachęcającym tytułem Valverras. Dobrze, że coś z tego rozumiem.
Dobra, dobra, muszę przebrnąć przez tą Wielką Puszczę i dostać się Norloch (nie mam pojęcia czy to się odmienia) jeszcze dziś, inaczej jutro 17 raz przeczytam Trylogię Czasu, 6 raz Przed Świtem, 2 raz Dotyk Julii, albo po prostu słownik angielsko-polski zamiast kontynuować Dar.
Mam ochotę walić głową w klawiaturę...
Jun
Pospierałam się z Iszką, pokłóciłam z Bartkiem, a Kam i Tali udają, że umarnęły.
Yh, dobra, koniec tych zrzędności (i niech ktoś mi teraz powie skąd ja biorę takie słowa?).
Jestem pod końcem Daru. Przyznam otwarcie, że jest tam kilka trudnych do przebrnięcia momentów, w których Maerad i Cadvan idą, idą i dojść nie mogą, ale dodając do tego cudowne opisy krajobrazu i ogólnie fajną fabułę wychodzi całkiem niezła opowieść powstała na podstawie najważniejszej legendy zaginionej cywilizacji Edil-Amarandhu (uwagi autorów są po to żeby je czytać :) ). Utknęłam właśnie w jednym z lasów i nie za bardzo wiem, jak z niego wyjść. Dlatego czytając umilałam sobie czas rozmowami z Tali, Iszką, Kaśką, tą taką nauczycielką od świetlicy, jakimiś dzieciakami z czwartej klasy i tak oto jestem. Strasznie mi brakuje Kam. Mój kontakt z nią ograniczył się dziś do obudzenia jej o 7:15 i zamienienia paru słów o 15:00, kiedy ja od dwóch minut wegetowałam w domu, a ona próbowała nie zasnąć na kółku z biologii.
Smętny dzień.
Właściwie każdy mój dzień byłby smętny, gdyby nie taki drobne rzeczy typu koło informatyczne w poniedziałek (w tym tygodniu wyjątkowo przełożone na środę), informatyka we wtorek (dziś nie pomogła), wypady z Iszką i poranne spacery z Tali w środę, spędzony w książkowym gronie czwartek, tańce i spacery z Talką w piątek, sobota w sobotę i sms-owanie z kim tylko się da w niedzielę...
Ciągle mnie gryzie siedemnasty rozdział Daru pod jakże zachęcającym tytułem Valverras. Dobrze, że coś z tego rozumiem.
Dobra, dobra, muszę przebrnąć przez tą Wielką Puszczę i dostać się Norloch (nie mam pojęcia czy to się odmienia) jeszcze dziś, inaczej jutro 17 raz przeczytam Trylogię Czasu, 6 raz Przed Świtem, 2 raz Dotyk Julii, albo po prostu słownik angielsko-polski zamiast kontynuować Dar.
Mam ochotę walić głową w klawiaturę...
Jun
niedziela, 16 marca 2014
16 marca 2014 roku
Wczoraj dwa razy zbierałam się do dodania wpisu, ale za każdym razem coś mnie rozpraszało, więc...
Ledwo żyję. Tak powinien się zaczynać każdy mój post, a jednak jakoś się przed tym powstrzymuję.
W piątek prawie umarłam czekając na mamę po tańcach (jakoś nie umiem tych zajęć inaczej ochrzcić, chociaż oprócz tańczenia też na nich śpiewamy). Normalnie zwyczajnie o mnie zapomniała i musiałam do niej dzwonić, z moim skromnym budżetem 2.90 zł. Stałam więc tak z piętnaście minut gapiąc się na księżyc i przyznam otwarcie, że mi było zimno. No bo czy ktoś zadał sobie ten trud i powiedział, że jeśli w dzień jest dwadzieścia stopni, to o 20:00 może być na minusie? Nie, bo po co. Przecież jak człowiek siedzi cicho i nie krzyczy, to nie zachoruje! Ale swoją drogą to ja mam całkiem niezłą odporność. Moja mama tylko przeszła się dwieście metrów w rozpiętej kurtce i dzisiaj już grypa..
Wynagrodzeniem piątku była sobota. Nawet padało (wspominałam, że jestem fanką wszelkich opadów?). Strasznie przeżywałam, że nie mogłam pójść do Izy pieszo (mama nie była jeszcze chora i udawała wszechwiedzącą mówiąc, że jak poczekam godzinę do 9:30 i zabiorę się z nią jak będzie jechała do pracy to Iza się nie obrazi). W rezultacie o 8:58 ze śniadaniem w łapce zawiózł mnie dziadek. Za nic nie chciałam zjeść w domu, żeby nie jechać z mamą. Oczywiście nie odpuściłam sobie sms-owania. No jakbym mogła? 8:00 - z Izą, czy będę, czy Tali będzie, czy wiem że pada, czym przyjadę, czym przyjedzie Tali, itp. 8:15 (za to mnie kiedyś zabiją) - z Patrygiem, czy by do mnie nie przyjechał, czy już skończył się u nich remont,, z Kam - czy wie że tak cudownie pada, czy wstała, co robi, o czym to jest (bo ona zawsze jak nie czyta to coś ogląda albo odrabia lekcje). 8:35 - z Izą, gdzie mnie wcięło, gdzie wcięło Tali. 8:57 - z Izą, żyję, zaraz będę, nie, nie wiem gdzie się podziewa Talka,, z Talką, żeby się pospieszyła (i tak przyjechała dopiero o 9:30).
Dziwne, w soboty piszę zazwyczaj tylko z Kam (obowiązkowo, teraz też z nią piszę, o książkach, które ma podrzucić dla mnie do Patryga) i z którąś z moich bff, bo jeszcze nigdy obie naraz nie miały czegoś na koncie. Czasem też zaczepiam Martynnę, ale jak już wiemy z doświadczenia, żeby pisać ze mną przez pół godziny trzeba mieć w inwentarzu przynajmniej 20 zł. Inaczej zagadam na śmierć.
Coś się rozpisałam. Dobrze, że dziś nie robiłam niczego zacnego oprócz..
W tym tygodniu przeczytałam (za nic nie odpuszczę):
Anielski Ogień - Moulton Court od Kam
pierwszy tom Błękitnokrwistych - Melissa de la Cruz z biblioteki szkolnej
Dotyk Julii - Tahereh Mafi również z biblioreki szkolnej
i mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo opowiadaniopodobnych blogów.
Oczywiści jak siebie znam to po drodze złapałam jeszcze kilka innych książek typu Ala Makota, których nie pamiętam, a te wyżej wymienione mam jeszcze w domu, więc wiem.
Po wizycie w bibliotece publicznej i oddaniu na oko siedmiu książek minimum 350 kartek wzbogaciłam się tylko o Dar, Zagadkę, Kruka i Pieśń - Alison Croggon. Miałam 5 minut i groźbę rodziców, że jeśli nie zacznę trochę interesować się światem zewnętrznym to zakaz na książki i internet (szlaban na książki mam od jakiegoś roku, a na laptopa od miesiąca. I co? Nic. Wszyscy się poddają, kiedy trzydziesty raz z rzędu łamię zasady i albo wracam do domu z naręczem czytadeł, albo odnajduję laptopa choćby na końcu świata i dodaję wpisy na którymś z blogów lub czytam e-booki).
Dobra kończę. Muszę odrobić pracę domową z polskiego. Chociaż może zrobię jutro rano. Tak, tak będzie lepiej. I dla mnie i dla pracy domowej. Ale muszę kończyć, bo inaczej ten post będzie dłuższy niż Przed Świtem, a tego by chyba nikt nie przeżył.
Pozdrawiam wszystkich zaczytanych!
Jun Malien
Ledwo żyję. Tak powinien się zaczynać każdy mój post, a jednak jakoś się przed tym powstrzymuję.
W piątek prawie umarłam czekając na mamę po tańcach (jakoś nie umiem tych zajęć inaczej ochrzcić, chociaż oprócz tańczenia też na nich śpiewamy). Normalnie zwyczajnie o mnie zapomniała i musiałam do niej dzwonić, z moim skromnym budżetem 2.90 zł. Stałam więc tak z piętnaście minut gapiąc się na księżyc i przyznam otwarcie, że mi było zimno. No bo czy ktoś zadał sobie ten trud i powiedział, że jeśli w dzień jest dwadzieścia stopni, to o 20:00 może być na minusie? Nie, bo po co. Przecież jak człowiek siedzi cicho i nie krzyczy, to nie zachoruje! Ale swoją drogą to ja mam całkiem niezłą odporność. Moja mama tylko przeszła się dwieście metrów w rozpiętej kurtce i dzisiaj już grypa..
Wynagrodzeniem piątku była sobota. Nawet padało (wspominałam, że jestem fanką wszelkich opadów?). Strasznie przeżywałam, że nie mogłam pójść do Izy pieszo (mama nie była jeszcze chora i udawała wszechwiedzącą mówiąc, że jak poczekam godzinę do 9:30 i zabiorę się z nią jak będzie jechała do pracy to Iza się nie obrazi). W rezultacie o 8:58 ze śniadaniem w łapce zawiózł mnie dziadek. Za nic nie chciałam zjeść w domu, żeby nie jechać z mamą. Oczywiście nie odpuściłam sobie sms-owania. No jakbym mogła? 8:00 - z Izą, czy będę, czy Tali będzie, czy wiem że pada, czym przyjadę, czym przyjedzie Tali, itp. 8:15 (za to mnie kiedyś zabiją) - z Patrygiem, czy by do mnie nie przyjechał, czy już skończył się u nich remont,, z Kam - czy wie że tak cudownie pada, czy wstała, co robi, o czym to jest (bo ona zawsze jak nie czyta to coś ogląda albo odrabia lekcje). 8:35 - z Izą, gdzie mnie wcięło, gdzie wcięło Tali. 8:57 - z Izą, żyję, zaraz będę, nie, nie wiem gdzie się podziewa Talka,, z Talką, żeby się pospieszyła (i tak przyjechała dopiero o 9:30).
Dziwne, w soboty piszę zazwyczaj tylko z Kam (obowiązkowo, teraz też z nią piszę, o książkach, które ma podrzucić dla mnie do Patryga) i z którąś z moich bff, bo jeszcze nigdy obie naraz nie miały czegoś na koncie. Czasem też zaczepiam Martynnę, ale jak już wiemy z doświadczenia, żeby pisać ze mną przez pół godziny trzeba mieć w inwentarzu przynajmniej 20 zł. Inaczej zagadam na śmierć.
Coś się rozpisałam. Dobrze, że dziś nie robiłam niczego zacnego oprócz..
W tym tygodniu przeczytałam (za nic nie odpuszczę):
Anielski Ogień - Moulton Court od Kam
pierwszy tom Błękitnokrwistych - Melissa de la Cruz z biblioteki szkolnej
Dotyk Julii - Tahereh Mafi również z biblioreki szkolnej
i mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo opowiadaniopodobnych blogów.
Oczywiści jak siebie znam to po drodze złapałam jeszcze kilka innych książek typu Ala Makota, których nie pamiętam, a te wyżej wymienione mam jeszcze w domu, więc wiem.
Po wizycie w bibliotece publicznej i oddaniu na oko siedmiu książek minimum 350 kartek wzbogaciłam się tylko o Dar, Zagadkę, Kruka i Pieśń - Alison Croggon. Miałam 5 minut i groźbę rodziców, że jeśli nie zacznę trochę interesować się światem zewnętrznym to zakaz na książki i internet (szlaban na książki mam od jakiegoś roku, a na laptopa od miesiąca. I co? Nic. Wszyscy się poddają, kiedy trzydziesty raz z rzędu łamię zasady i albo wracam do domu z naręczem czytadeł, albo odnajduję laptopa choćby na końcu świata i dodaję wpisy na którymś z blogów lub czytam e-booki).
Dobra kończę. Muszę odrobić pracę domową z polskiego. Chociaż może zrobię jutro rano. Tak, tak będzie lepiej. I dla mnie i dla pracy domowej. Ale muszę kończyć, bo inaczej ten post będzie dłuższy niż Przed Świtem, a tego by chyba nikt nie przeżył.
Pozdrawiam wszystkich zaczytanych!
Jun Malien
środa, 12 marca 2014
12 marca 2014 roku (2)
Hej po raz drugi! (choć na tego bloga i tak pewnie tylko myszy zaglądają, choć w to też wątpię)
Iza, a może powinnam napisać blogerka Iszan, napisała na swoim blogu coś, co mi się nie za bardzo spodobało. Nie, Izu, wcale nie chodzi o to, że jestem niezdarna, bo to akurat prawda. Tak, chodzi o tą moją nieszczęsną opowiadanio-książkę o Liliankach, Varwickach, Cieniach i Silvanach. No, i o tych tam Sebastianach, jeśli już wszystkich wymieniać. Stop, stop! Wy (z tamtego bloga, którego drudzy wy, nie znający mnie osobiście lub przez Izę, za żadne skarby nie znajdziecie) nie znacie jeszcze Sebastiana i Jacoba. I Victorii, Mika, Candelarii i tej/tego trzeciego...
Nie opłaca się nawet szukać, zapewniam.
Pozdrawiam, zwłaszcza tych, co trafili tu przypadkiem.
Jun Malien
Iza, a może powinnam napisać blogerka Iszan, napisała na swoim blogu coś, co mi się nie za bardzo spodobało. Nie, Izu, wcale nie chodzi o to, że jestem niezdarna, bo to akurat prawda. Tak, chodzi o tą moją nieszczęsną opowiadanio-książkę o Liliankach, Varwickach, Cieniach i Silvanach. No, i o tych tam Sebastianach, jeśli już wszystkich wymieniać. Stop, stop! Wy (z tamtego bloga, którego drudzy wy, nie znający mnie osobiście lub przez Izę, za żadne skarby nie znajdziecie) nie znacie jeszcze Sebastiana i Jacoba. I Victorii, Mika, Candelarii i tej/tego trzeciego...
Nie opłaca się nawet szukać, zapewniam.
Pozdrawiam, zwłaszcza tych, co trafili tu przypadkiem.
Jun Malien
12 marca 2014 roku
Hej!
Zupełnie odebrało mi wenę na opw, które chciałam tu zamieścić. Zajęłam się pisaniem takiego jednego zupełnie innego o mnie i moich przyjaciółkach, Izie i Tali. Konkretnie o tym, jak nas może widzieć ktoś z boku, w tym przypadku mój/nasz kolega Bartek. Z wiadomych względów nie zamieszczę tu tego opowiadania.
Pozdrawiam!
Jun Malien
Zupełnie odebrało mi wenę na opw, które chciałam tu zamieścić. Zajęłam się pisaniem takiego jednego zupełnie innego o mnie i moich przyjaciółkach, Izie i Tali. Konkretnie o tym, jak nas może widzieć ktoś z boku, w tym przypadku mój/nasz kolega Bartek. Z wiadomych względów nie zamieszczę tu tego opowiadania.
Pozdrawiam!
Jun Malien
sobota, 8 marca 2014
Startujemy!
Witam na moim trzecim już blogu, którego mam nadzieję nie dopatrzy się moja niezrównoważona psychicznie przyjaciółka Iza. Blogować będę o wszystkim, czyli nie spodziewajcie się żadnych rewelacji. Ale tak w skrócie. Po pierwsze - opisy mojego dnia codziennego, czasem pisane wierszem, czasem w formie opowiadania o kimś zupełnie innym niż ja, a czasem zupełnie zwyczajnie. Po drugie - no właśnie moje nieszczęsne tysiąc pięćset niedokończonych opowiadań, które mam zamiar dokończyć z Waszą pomocą. Po trzecie - dość duża odrobina zdjęć mojego autorstwa. I na razie to by było na tyle.
Życzę miłego czytania i pozdrawiam.
Jun Malien
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



