sobota, 22 marca 2014

22 marca 2014 roku

    Spacerowałam w tą i z powrotem, ale czas wcale nie mijał przez to szybciej. Spojrzałam na podświetlony ekran swojego telefonu. 18:16. Minęła dopiero minuta, a ja dziesięć razy przeszłam odcinek od wysokiego na dwa metry betonowego muru do rozsypujących się schodków, które ktoś zbudował z rozkruszonych pustaków, by na wiszącą metr nad ziemią platformę można było się jakoś dostać. Zatrzymałam się przy jednej z trzech tuj rosnących wzdłuż metalowej siatki pomalowanej na wszystkie kolory świata po lewej stronie od wejścia. Spojrzałam ponad ogrodzeniem na niewielki plac szczelnie zapełniony samochodami z zagranicznymi tablicami. Przejechałam wzrokiem po kilku z nich, które ewentualnie mogłabym kupić, a później utkwiłam spojrzenie na zatrzymującym się niedaleko autobusie, już trzecim w ciągu piętnastu minut. Wsiadły do niego ostatnie dwie osoby, które nieświadomie dotrzymywały mi towarzystwa. Zostałam sama. Odwróciłam się i znów zaczęłam krążyć po platformie. W końcu usłyszałam samochód wjeżdżający w ślepą uliczkę między restauracją a komisem samochodowym, z której można było się dostać na platformę. Samochód minął mnie znikając po chwili za budynkiem po prawej od wejścia i zatrzymał się. Prawie natychmiast zza budynku wyłoniła się Marta niosąca torebkę swojej mamy i tanecznym krokiem pokonała pustakowe schodki. Kiedy tylko mnie zobaczyła, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
    - Długo czekałaś? - zapytała. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu. 18:19.
    - Dziewiętnaście minut - odparłam.
    - To długo - skwitowała Marta.
_______________________
A oto trochę mojego dnia wczorajszego. Gdybym miała trochę więcej czasu to napisałabym całość, od 5:48 do 22:53, ale nie mam, więc musi Wam wystarczyć ten urywek sprzed tańców.
A dzisiaj. Dzień jak każdy inny. Okropnie słonecznie, przez co byłam na dworze tylko dwie godziny, od około jedenastej do około trzynastej. Pobawiłam się z moimi przecudownymi kotkami: Fire, Georgią i Kropą, a trochę później zajęłam się ogarnięciem ogródka. Efekty mojej pracy: uschnięta trawa zebrana na trzech kupkach, pięć jakichś dziwnych kwiatków wykopanych dla cioci, ustawione skrzynki na kwiatki rosnące na razie w doniczkach na parapecie w kuchnie, łazience i u mnie w pokoju, pozbierane kamienie, które i tak musiałabym zebrać za tydzień. No, i kotjeły są szczęśliwie mruczące. Ale to też zasługa Piotrka i Marlenki (dziewczyny Piotrka), bo jak przyjechali tu z obowiązkową wizytą to wygłaskali kotate za wszystkie czasy.
Dzisiaj jest dzień Fire i ona o tym wie. Gdziekolwiek pójdę ona tam jest, no, i chcąc nie chcąc ją głaskam :) Fire nie ma nic przeciwko, jak na kotowatą przystało, ale nadal się wszystkiego boi. Muszę jej znaleźć kociego psychologa, nie ma innego wyjścia.
Jun

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz