wtorek, 18 marca 2014

18 marca 2014 roku

Dzisiejszy dzień sam w sobie nie był podły, ale takim go zapamiętam.
Pospierałam się z Iszką, pokłóciłam z Bartkiem, a Kam i Tali udają, że umarnęły.
Yh, dobra, koniec tych zrzędności (i niech ktoś mi teraz powie skąd ja biorę takie słowa?).
Jestem pod końcem Daru. Przyznam otwarcie, że jest tam kilka trudnych do przebrnięcia momentów, w których Maerad i Cadvan idą, idą i dojść nie mogą, ale dodając do tego cudowne opisy krajobrazu i ogólnie fajną fabułę wychodzi całkiem niezła opowieść powstała na podstawie najważniejszej legendy zaginionej cywilizacji Edil-Amarandhu (uwagi autorów są po to żeby je czytać :) ). Utknęłam właśnie w jednym z lasów i nie za bardzo wiem, jak z niego wyjść. Dlatego czytając umilałam sobie czas rozmowami z Tali, Iszką, Kaśką, tą taką nauczycielką od świetlicy, jakimiś dzieciakami z czwartej klasy i tak oto jestem. Strasznie mi brakuje Kam. Mój kontakt z nią ograniczył się dziś do obudzenia jej o 7:15 i zamienienia paru słów o 15:00, kiedy ja od dwóch minut wegetowałam w domu, a ona próbowała nie zasnąć na kółku z biologii.
Smętny dzień.
Właściwie każdy mój dzień byłby smętny, gdyby nie taki drobne rzeczy typu koło informatyczne w poniedziałek (w tym tygodniu wyjątkowo przełożone na środę), informatyka we wtorek (dziś nie pomogła), wypady z Iszką i poranne spacery z Tali w środę, spędzony w książkowym gronie czwartek, tańce i spacery z Talką w piątek, sobota w sobotę i sms-owanie z kim tylko się da w niedzielę...
Ciągle mnie gryzie siedemnasty rozdział Daru pod jakże zachęcającym tytułem Valverras. Dobrze, że coś z tego rozumiem.
Dobra, dobra, muszę przebrnąć przez tą Wielką Puszczę i dostać się Norloch (nie mam pojęcia czy to się odmienia) jeszcze dziś, inaczej jutro 17 raz przeczytam Trylogię Czasu, 6 raz Przed Świtem, 2 raz Dotyk Julii, albo po prostu słownik angielsko-polski zamiast kontynuować Dar.
Mam ochotę walić głową w klawiaturę...
Jun

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz