niedziela, 16 marca 2014

16 marca 2014 roku

Wczoraj dwa razy zbierałam się do dodania wpisu, ale za każdym razem coś mnie rozpraszało, więc...
Ledwo żyję. Tak powinien się zaczynać każdy mój post, a jednak jakoś się przed tym powstrzymuję.
W piątek prawie umarłam czekając na mamę po tańcach (jakoś nie umiem tych zajęć inaczej ochrzcić, chociaż oprócz tańczenia też na nich śpiewamy). Normalnie zwyczajnie o mnie zapomniała i musiałam do niej dzwonić, z moim skromnym budżetem 2.90 zł. Stałam więc tak z piętnaście minut gapiąc się na księżyc i przyznam otwarcie, że mi było zimno. No bo czy ktoś zadał sobie ten trud i powiedział, że jeśli w dzień jest dwadzieścia stopni, to o 20:00 może być na minusie? Nie, bo po co. Przecież jak człowiek siedzi cicho i nie krzyczy, to nie zachoruje! Ale swoją drogą to ja mam całkiem niezłą odporność. Moja mama tylko przeszła się dwieście metrów w rozpiętej kurtce i dzisiaj już grypa..
Wynagrodzeniem piątku była sobota. Nawet padało (wspominałam, że jestem fanką wszelkich opadów?). Strasznie przeżywałam, że nie mogłam pójść do Izy pieszo (mama nie była jeszcze chora i udawała wszechwiedzącą mówiąc, że jak poczekam godzinę do 9:30 i zabiorę się z nią jak będzie jechała do pracy to Iza się nie obrazi). W rezultacie o 8:58 ze śniadaniem w łapce zawiózł mnie dziadek. Za nic nie chciałam zjeść w domu, żeby nie jechać z mamą. Oczywiście nie odpuściłam sobie sms-owania. No jakbym mogła? 8:00 - z Izą, czy będę, czy Tali będzie, czy wiem że pada, czym przyjadę, czym przyjedzie Tali, itp. 8:15 (za to mnie kiedyś zabiją) - z Patrygiem, czy by do mnie nie przyjechał, czy już skończył się u nich remont,, z Kam - czy wie że tak cudownie pada, czy wstała, co robi, o czym to jest (bo ona zawsze jak nie czyta to coś ogląda albo odrabia lekcje). 8:35 - z Izą, gdzie mnie wcięło, gdzie wcięło Tali. 8:57 - z Izą, żyję, zaraz będę, nie, nie wiem gdzie się podziewa Talka,, z Talką, żeby się pospieszyła (i tak przyjechała dopiero o 9:30).
Dziwne, w soboty piszę zazwyczaj tylko z Kam (obowiązkowo, teraz też z nią piszę, o książkach, które ma podrzucić dla mnie do Patryga) i z którąś z moich bff, bo jeszcze nigdy obie naraz nie miały czegoś na koncie. Czasem też zaczepiam Martynnę, ale jak już wiemy z doświadczenia, żeby pisać ze mną przez pół godziny trzeba mieć w inwentarzu przynajmniej 20 zł. Inaczej zagadam na śmierć.
Coś się rozpisałam. Dobrze, że dziś nie robiłam niczego zacnego oprócz..
W tym tygodniu przeczytałam (za nic nie odpuszczę):
Anielski Ogień - Moulton Court od Kam
pierwszy tom Błękitnokrwistych - Melissa de la Cruz z biblioteki szkolnej
Dotyk Julii - Tahereh Mafi również z biblioreki szkolnej
i mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo opowiadaniopodobnych blogów.
Oczywiści jak siebie znam to po drodze złapałam jeszcze kilka innych książek typu Ala Makota, których nie pamiętam, a te wyżej wymienione mam jeszcze w domu, więc wiem.
Po wizycie w bibliotece publicznej i oddaniu na oko siedmiu książek minimum 350 kartek wzbogaciłam się tylko o Dar, Zagadkę, Kruka i Pieśń - Alison Croggon. Miałam 5 minut i groźbę rodziców, że jeśli nie zacznę trochę interesować się światem zewnętrznym to zakaz na książki i internet (szlaban na książki mam od jakiegoś roku, a na laptopa od miesiąca. I co? Nic. Wszyscy się poddają, kiedy trzydziesty raz z rzędu łamię zasady i albo wracam do domu z naręczem czytadeł, albo odnajduję laptopa choćby na końcu świata i dodaję wpisy na którymś z blogów lub czytam e-booki).
Dobra kończę. Muszę odrobić pracę domową z polskiego. Chociaż może zrobię jutro rano. Tak, tak będzie lepiej. I dla mnie i dla pracy domowej. Ale muszę kończyć, bo inaczej ten post będzie dłuższy niż Przed Świtem, a tego by chyba nikt nie przeżył.
Pozdrawiam wszystkich zaczytanych!
Jun Malien

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz