Wczoraj dwa razy zbierałam się do dodania wpisu, ale za każdym razem coś mnie rozpraszało, więc...
Ledwo żyję. Tak powinien się zaczynać każdy mój post, a jednak jakoś się przed tym powstrzymuję.
W piątek prawie umarłam czekając na mamę po tańcach (jakoś nie umiem tych zajęć inaczej ochrzcić, chociaż oprócz tańczenia też na nich śpiewamy). Normalnie zwyczajnie o mnie zapomniała i musiałam do niej dzwonić, z moim skromnym budżetem 2.90 zł. Stałam więc tak z piętnaście minut gapiąc się na księżyc i przyznam otwarcie, że mi było zimno. No bo czy ktoś zadał sobie ten trud i powiedział, że jeśli w dzień jest dwadzieścia stopni, to o 20:00 może być na minusie? Nie, bo po co. Przecież jak człowiek siedzi cicho i nie krzyczy, to nie zachoruje! Ale swoją drogą to ja mam całkiem niezłą odporność. Moja mama tylko przeszła się dwieście metrów w rozpiętej kurtce i dzisiaj już grypa..
Wynagrodzeniem piątku była sobota. Nawet padało (wspominałam, że jestem fanką wszelkich opadów?). Strasznie przeżywałam, że nie mogłam pójść do Izy pieszo (mama nie była jeszcze chora i udawała wszechwiedzącą mówiąc, że jak poczekam godzinę do 9:30 i zabiorę się z nią jak będzie jechała do pracy to Iza się nie obrazi). W rezultacie o 8:58 ze śniadaniem w łapce zawiózł mnie dziadek. Za nic nie chciałam zjeść w domu, żeby nie jechać z mamą. Oczywiście nie odpuściłam sobie sms-owania. No jakbym mogła? 8:00 - z Izą, czy będę, czy Tali będzie, czy wiem że pada, czym przyjadę, czym przyjedzie Tali, itp. 8:15 (za to mnie kiedyś zabiją) - z Patrygiem, czy by do mnie nie przyjechał, czy już skończył się u nich remont,, z Kam - czy wie że tak cudownie pada, czy wstała, co robi, o czym to jest (bo ona zawsze jak nie czyta to coś ogląda albo odrabia lekcje). 8:35 - z Izą, gdzie mnie wcięło, gdzie wcięło Tali. 8:57 - z Izą, żyję, zaraz będę, nie, nie wiem gdzie się podziewa Talka,, z Talką, żeby się pospieszyła (i tak przyjechała dopiero o 9:30).
Dziwne, w soboty piszę zazwyczaj tylko z Kam (obowiązkowo, teraz też z nią piszę, o książkach, które ma podrzucić dla mnie do Patryga) i z którąś z moich bff, bo jeszcze nigdy obie naraz nie miały czegoś na koncie. Czasem też zaczepiam Martynnę, ale jak już wiemy z doświadczenia, żeby pisać ze mną przez pół godziny trzeba mieć w inwentarzu przynajmniej 20 zł. Inaczej zagadam na śmierć.
Coś się rozpisałam. Dobrze, że dziś nie robiłam niczego zacnego oprócz..
W tym tygodniu przeczytałam (za nic nie odpuszczę):
Anielski Ogień - Moulton Court od Kam
pierwszy tom Błękitnokrwistych - Melissa de la Cruz z biblioteki szkolnej
Dotyk Julii - Tahereh Mafi również z biblioreki szkolnej
i mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo opowiadaniopodobnych blogów.
Oczywiści jak siebie znam to po drodze złapałam jeszcze kilka innych książek typu Ala Makota, których nie pamiętam, a te wyżej wymienione mam jeszcze w domu, więc wiem.
Po wizycie w bibliotece publicznej i oddaniu na oko siedmiu książek minimum 350 kartek wzbogaciłam się tylko o Dar, Zagadkę, Kruka i Pieśń - Alison Croggon. Miałam 5 minut i groźbę rodziców, że jeśli nie zacznę trochę interesować się światem zewnętrznym to zakaz na książki i internet (szlaban na książki mam od jakiegoś roku, a na laptopa od miesiąca. I co? Nic. Wszyscy się poddają, kiedy trzydziesty raz z rzędu łamię zasady i albo wracam do domu z naręczem czytadeł, albo odnajduję laptopa choćby na końcu świata i dodaję wpisy na którymś z blogów lub czytam e-booki).
Dobra kończę. Muszę odrobić pracę domową z polskiego. Chociaż może zrobię jutro rano. Tak, tak będzie lepiej. I dla mnie i dla pracy domowej. Ale muszę kończyć, bo inaczej ten post będzie dłuższy niż Przed Świtem, a tego by chyba nikt nie przeżył.
Pozdrawiam wszystkich zaczytanych!
Jun Malien
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz